Strona:Moi znajomi.djvu/325

Ta strona została uwierzytelniona.


wdrapujące się pod górę od łąki po fujarki wiosną.
Co która wierzba wypuściła rózgę, chlast!... już jej niema. A pod drzewem leży wykręcony biel, czasem mokry jeszcze od miazgi, i trzpień zepsuty, i moc naszarpanych liści, a na całem tem bojowisku siedzi Antek od kowala; bose nogi zwieszają mu się z górki, muchy łażą mu po twarzy, włosy na oczy spadły, a on gra a gra, aż echo od kęp olszowych idzie, a tu mu skowronek podrzeźnia, w ton wpada, przebija zawodzenie fujarki i ginie w jasności słonecznej.
Taką to kapelę miały groby na onym cmentarzu.
A mieszał się do niej często i klekot bocianów, brodzących po łące.
Kiedym tam była po raz ostatni, zbierały się właśnie ku odlotowi. Pod wieczór się już miało i słońce gasło, kiedy zaczęły się zlatywać na łąkę. Z czterech stron świata leciały, a co który przyleciał, to wszczynał się klekot taki, że aż w uszach lgło. Stado zebrało się wreszcie, chwytając naprędce żer w łąkach przygodny i jakby czekając na hasło. Aż gdy zorze przedzachodnie stanęły nad lasem, zerwały się bociany z ogromnym klekotem i biciem skrzydeł ciężkich, i popłynęły w tę różaność złotą