Strona:Moi znajomi.djvu/326

Ta strona została uwierzytelniona.


długim, długim sznurem. A każdy na piórach miał plamkę czarną, niby grudkę czarnej ziemi, zabraną z tych pól, kędy się ich gniazda zostały...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W chwili, kiedy mała nasza łódka zbliżyła się do Sochaczewa, uderzył mnie dość niezwykły widok. Przed nami, na urwistym brzegu Bzury, wznosiła się niewielka okrągła budowa, z wysokim spiczastym daszkiem, zakończonym błyszczącą w porannem słońcu iglicą, na której tkwił nów miesięczny. Dokoła widać było mniejsze i większe stożki, pokrywające ziemię na dość znacznej przestrzeni.
Był to cmentarz muzułmański, jeden z tych, które nie były u nas rzadkością dawniej, kiedy każde miasto niemal miało swoich mahometan kupców i żołnierzy, którzy tu żyli i tu składali swe kości.
Ja wszakże widziałam cmentarz taki po raz pierwszy i dziwne on na mnie zrobił wrażenie. Śpieszyliśmy tedy całą siłą naszych czterech wioseł, aż do miejsca, gdzie przybić było można, i zaraz rzuciliśmy się oglądać ów cmentarz, zawieszony nad rzeką i dwojący w niej swój półksiężyc.
Ma on mogił ze dwieście może, ale wszystkie prawie w ruinie. Mogiły te murowane są