Strona:Nietzsche - Tako rzecze Zaratustra.djvu/31

Ta strona została przepisana.

i dźwigaj z nimi społem. Tem najbardziej im wygodzisz: obyś sobie jeno tem dogodził!
A jeśli chcesz ich koniecznie obdarzać, nie dawaj więcej nad jałmużnę i każ im jeszcze żebrać o nią!
— Nie, odparł Zaratustra, nie dawam jałmużny. Nie jestem nato dosyć ubogi.
Święty zaśmiał się z Zaratustry i rzekł w te słowa: — Bacz więc, aby przyjęto twe skarby! Nieufni są oni względem samotników i nie wierzą, abyśmy przychodzili, by obdarzać.
Kroki nasze dźwięczą im zbyt samotnie po pustych ulicach. A gdy po nocy w swoich łożach, na długo przed wschodem słońca czyjeś kroki zasłyszą, pytają wówczas: dokąd zmierza ten złodziej?
Nie chodź do ludzi, pozostań w lesie! Udaj się raczej do zwierząt! Czemu nie chcesz być jako ja, — niedźwiedziem pośród niedźwiedzi, ptakiem pośród ptaków?
— I cóż robi święty w lesie? — zapytał Zaratustra.
Święty odparł: — Pieśni składam i śpiewam je, a gdy pieśni składam śmieję się i płaczę, i pomrukuję z cicha: tak Boga chwalę.
Śpiewem, płaczem, śmiechem i pomrukiem chwalę Boga, który jest moim Bogiem. Lecz cóż to niesiesz ty nam w darze?
Gdy Zaratustra usłyszał te słowa, pokłonił się świętemu i rzekł: „Czemże was mógłbym ja obdarzyć? Pozwólcie mi jednak odejść czemprędzej, abym wam czego nie odebrał!“ — I tak oto rozstali się ze sobą starzec i mąż, śmiejąc się jak dwa żaki.
Gdy Zaratustra sam pozostał, rzekł do swego serca: — Czyżby to było możliwe! Wszak ten święty starzec nic jeszcze w swem lesie nie słyszał o tem, że Bóg już umarł! —