Strona:Nowe baśnie z 1001 nocy.djvu/148

Ta strona została uwierzytelniona.

Byli to ludzie bardzo dobrzy i pracowici, zajmowali się plantacjami pieprzu i nie zjadali ludzi.
Czułem się więc zupełnie bezpiecznym, tembardziej, że król tamtejszy zajął się moim losem a wkońcu namówił, żebym u nich osiadł na stałe i ożenił się.
Ponieważ przedtem, zanim wiedziałem o co chodzi, wymógł na mnie słowo, że zrobię o co poprosi, musiałem więc zgodzić się na wszystko i pojąć za żonę jedną z księżniczek tamtejszych.
Była to dziewica piękna, rozumna i bardzo bogata, pokochałem ją ale jednocześnie bardzo tęskniłem za ojczyzną.
Razu pewnego natrafiłem na smutny obrzęd, który mnie przejął do gruntu.
Zaszedłem do mego sąsiada i zastałem go w najokropniejszej rozpaczy.
Zapytany przezemnie, czegoby tak płakał i smucił, odpowiedział, że umarła mu żona, że dziś właśnie jej pogrzeb i że on, zwyczajem tutejszym razem z nią będzie spuszczony do dziemi, gdzie marną zginie śmiercią.
Dowiedziałem się po raz pierwszy o podobnie barbarzyńskim zwyczaju i ze