Strona:Odgłosy Szkocyi.djvu/156

Ta strona została uwierzytelniona.
—   149   —

jaskrawe światła, i modlące się przez cały dzień miasto, ułożyło do snu głowę. Był to już koniec Niedzieli w Edynburgu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Jak powiedziałem już wyżej, w stolicy Szkocyi przepędziłem trzy Niedziele. Podróże moje po tym ciekawym i romantycznym kraju, tak się układały, żem na Niedzielę zawsze mógł powracać do tego miasta. I cóż-bo mógłbym robić w tym dniu poza niem? Jeżeli tu wszystko świętuje, to świętuje daleko ściślej na prowincyi, gdzie, jak wszędzie, obyczaje są surowsze, ściślejsze życiowe wymogi i rygory. W Edynburgu, przynajmniej w hotelach jeść dostanie, na prowincyi można umrzeć z głodu, a że żadna z większych linii kolei żelaznych w dniu tym nie funkcyonuje, że nawet do takiej metropolii jak Londyn, dostać się niepodobna, przeto z konieczności trzeba siedzieć na miejscu, gdy się tu przyszło. Siedziałem więc, i prawdę powiem, nie żałuję tego, zapoznałem się bowiem dokładnie ze stroną życia duchowego w tym dniu, dzielnych i sympatycznych mieszkańców czarodziejskiego miasta.
A życie to jest i przykładne i imponujące zarazem, ten powszechny obowiązek czy zwyczaj święcenia dnia świętego, ma coś niezwykłego w sobie, a ta karność, z jaką się tu ka-