Strona:Omyłka.djvu/016

Ta strona została uwierzytelniona.

— Do... brze. A sześć razy dziewięć?...
— Sześć razy siedm... sześć razy ośm... sześć razy dziewięć — pięćdziesiąt i cztery.
— Do... brze. A kogo najbardziej powinieneś kochać na tym świecie?
— Boga, ojczyznę, mamę i brata, pana nauczyciela, a potem wszystkich ludzi.
— Do... brze — odparł pan Dobrzański.
Chcąc uwolnić się od dalszych badań na wyrywki, raz zapytałem go:
— A Łukaszową trzeba kochać?
— Moż... na — odparł pan Dobrzański po namyśle.
— A Walka?
Nauczyciel spojrzał przez wierzch okularów.
— Sam przecie mówiłeś, ośle jakiś, że trzeba kochać wszystkich ludzi... Wszystkich.
Zwiesił głowę na piersi i po chwili rzekł głucho:
— Wszystkich, wyjąwszy tych, którzy zdradzają.
— A kto nas zdradził?
Pan Dobrzański jakby zaczerwienił się, wziął do ręki tabakierkę, lecz nagle postawił ją i odparł:
— Poznasz ich, gdy podrośniesz.
Snadź była to rzecz straszna, której mi nie wyjaśnił; zresztą, choć nic nie wiedziałem, czułem głęboki smutek na samą myśl o człowieku, którego nikt nie powinien kochać. Biedak ten mieszkał niedaleko nas, jego domek widywałem codzień, lecz mimo to, gdybym go kiedy spotkał na drodze, nie mógłbym zdjąć przed nim czapki i powiedzieć: «Dzień dobry panu, a dlaczego pan tak dawno nie był u nas»...