Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/109

Ta strona została przepisana.

mu, a za plecami śmieszył braci, pokazując, jak stary mruży chore oczy, albo jak chodzi zgarbiony. Biła go nieraz za to. Ale on i obity przez chwilę tylko zaciskał zęby, a wkrótce znowu całował po rękach.
— Całe szczęście, że pokorny, rodziców szanować umie — mówiła.
Podczas gdy inne dzieci na palcach chodziły, lękając się odetchnąć swobodniej, żeby nie przeszkodzić ojcu, w pracy, albo nie zbudzić, gdy spał po obiedzie, on, „lis“, jak go nazywano w domu — nietylko że miał odwagę wślizgać się do pokoju ojca, ale nawet sam z nim zaczynał rozmowę. Prawda, że nieraz całą godzinę stał w kątku, albo u okna, czekając, nim ojciec spojrzy w jego stronę. Zapytany miał zawsze coś ciekawego do powiedzenia:
— Ta kucharka adwokatów to zawsze pomyje przy naszej stajni wylewa — szeptał jednym tchem.
— Widziałeś? — pyta ojciec krótko.
— Widziałem — dalibóg widziałem. Podkradłem się za płotem i widziałem.
Po chwili w mieszkaniu powstawała burza! Za kucharkę, pomyje i wszelkie nieporząki odpowiadała zwykle żona.
— A to nieszczęście, że nie mam nikogo, ktoby o moje dobro dbał — mawiał w przystępie najgorszego humoru; pracuję — i wszystko djabli biorą.
Byłto najdłuższy frazes, jaki żona, dzieci, słudzy i sąsiedzi słyszeli od niego w ostatnich czasach. Matka obiecywała, że kiedyś uszy Julkowi oberwie za plotki. On usuwał głowę w ramiona i śmiał się. Czuł, że odegrywał jakąś rolę w domu, że między krzykliwą matką, a milczącym ojcem był jakby wahadłem, podniecającym ruch i czuwanie. Coraz częściej wsuwał się do ojca, matkę zaś przy każdej sposobności całował w plecy, w brzuch i kolana. Odtrącała go niby, w duszy rada, była że choć jeden z synów lgnie do niej. Od starszego nic się nie spodziewała: