Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/182

Ta strona została przepisana.

kryła przed okiem ludzkiem jak grzech śmiertelny, a skrzynie napełniała coraz to piękniejszą odzieżą. Miała chusty przeróżne, spódnice w kwiaty, w ptaki, w owoce; koszule cienkie, paciorek co niemiara, dwa szczero-srebrne pierścionki, miała kożuch pokryty cienkiem granatowem suknem. W niedzielę jak się ustroi, to aż miło patrzeć na odzież, sama bowiem była wielka jak dragon, żółta, chuda, mówiła grubym, ochrypłym głosem; w wiosce jedni nazywali ją „koczergą“, drudzy „miotłą“, chłopcy już oddawna do starych ją zaliczyli. Od ostatnich swatów minęło lat dziesięć, jeżeli nie więcej, a jej się wciąż zdawało, że to bardzo niedawno, przed miesiącem, przed rokiem najwięcej, tak często zwracała się myślą do tej chwili, a wciąż jeszcze miała nadzieję, że się powtórzy. Z pracowitością popisywała się jak mogła: nikt prędzej żąć nie umiał, nikt lepiej nie wiązał snopów! Chłopcy patrząc, dziwili się:
— Ot to Marysia robotnica! Nie dziwo! żnie już od lat trzydziestu!
— Bodajbyś ty zaniemiał, wprzód nim lata moje liczyć zaczniesz, mruczała pochylona, a w tejże chwili poprzysięgała sobie w duchu, że wyjdzie za mąż choć raz jeden.
We wsi owdowiał mularz, pijak, z sześciorgiem dzieci, znany hultaj, zawadyaka, ale chłop jeszcze młody, wysoki blondyn z kędzierzawą głową, ogorzały; czoło i ręce wyżej łokcia białe miał jak u kobiety; żonkę swoją bił, za to zalecał się do wszystkich dziewcząt we wsi, miał też wielkie zachowanie u kobiet: każda spoglądając na niego uśmiechała się, do wspomnień, czy do nadziei — trudno zgadnąć. Teraz znowu zamierzył się ożenić: na jarmarku, w kościele, coraz więcej zbliżał się do Marysi; przeciska się bowiem przez tłum i stanie jak raz obok niej, niby niechcący; ona nie patrzy na niego, a dzwoni zębami ze wzruszenia i o mało nie żegna się lewą ręką, tak jest zmieszana i niespokojna. Do wyraźnego słowa nie przyszło jeszcze między nimi, gdyż mularz wciąż swoją nieboszczkę opłakiwał i zalewał troskę