Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/20

Ta strona została przepisana.

a wybierał zwykle takie miejsca, zkąd można było widzieć Wiliję i las na przeciwległym brzegu; do miasta odwracał się plecami, miał go już dosyć cały tydzień. Z początku spoglądał obojętnie; woń lasu, woda, trawa, szmer jakiś łechcący — odurzały go powoli; mrużył oczy i słuchał oparty o pień drzewa. Patrzał, jak tam w oddali dwa brzegi porosłe lasem i krzakami zbliżają się ku sobie, a rzeka płynie coraz węższem korytem, jak nad nimi pas błękitnego nieba zsuwa się gdzieś daleko. Widział to już ze sto razy może, ale jeszcze się nie napatrzył, nie nasycił świeżością, co mu szeroką falą wpływała do piersi.
— Jak tu dobrze, jak dobrze — mruczał tak sobie, byle coś powiedzieć, gdyż w piersiach aż kłuło od nieokreślonego jakiegoś uczucia. Poruszał plecami, zamykał oczy; wówczas woda szumiała głośniej, szmer powietrza łechtał go jeszcze rozkoszniej.
Zdarzało się, że elegancka dziatwa z sąsiednich willi przybiegała w tę stronę za piłką lub za obręczą, rzuconą niezręcznie. Na widok człowieka w wytartej sukmanie, bez czapki, w zapylonych butach, z ospałą, ponurą twarzą, dzieci cofały się trwożliwie, lub przytulone do drzewa przyglądały mu się ciekawie, gotowe do odwrotu przy najlżejszem jego poruszeniu.
— To pewno złodziej, a może rozbójnik? — szeptały cichutko.
— Może pijany? Uciekajmy!
Zmykały, oglądając się, czy za niemi nie goni.
Walenty siedział jak odurzony; nie pogoniłby tam nawet za wlasnem szczęściem.
Czasami w lesie, po drugiej stronie, odzywał się śpiew zgodny, umiejętny, podzielony na chóry; to niemcy robotnicy z garbarni dawali zwykły swój koncert. Walenty nie rozumiał, gdzie w śpiewie dobra wola się kończy, a umiejętność zaczyna; lubił najprzód harmonię powtarzaną długiem echem, którą rzeka niosła gdzieś daleko; podobała