Strona:Ostoja - Szkice i obrazki.djvu/93

Ta strona została przepisana.

papieroskę pyknąć, to ruszaj sobie za bramę, a nie, to za czuprynę i won, rozumiesz? Jasio dotąd nigdy jeszcze nie „pykał,“ lecz wstydził się przyznać do tego. Józiek wydawał mu się coraz większym chwatem i tak mu przypadł do serca ze swoją miną, „ani dbaj,“ że gdy ułożyli się w słomie, przygarnął się do niego, objął za szyję i pocałował serdecznie.
— Ale ty mnie nie nie wypędzisz? — spytał cichutko.
— A za cóż mam ciebie wypędzać? Odtrącił go zrazu, po chwili jednak, zarzucił mu rękę na szyję, przycisnął małe, chude ciałko do swych szerokich piersi. Czy mu było z tem cieplej, czy może i w tych piersiach, przykrytych kradzioną koszulą, zadrgało jakieś ludzkie uczucie?
Życie poszło wesoło. Zrana krzątali się zwykle około stajni, potem wybiegali na miasto. Jaśko żebrał; mały, nędzny; wzbudzał litość, a wkrótce tak się nauczył mówić o chorej matce, o siostrze kalekiej, że prawie nigdy nie wracał bez kilkunastu kopiejek. Józiek za te pieniądze kupował jadła i dzielił się z nim sumiennie. O swoich dochodach nie wspominał nigdy. Raz tylko, pod wiosnę, gdy słońce dogrzewało, rynsztoki szumiały, a na ulicach błota było po uszy, Jaśko siedział na chodniku pod ratuszem, brodę oparł na kolanach i pluł w rynsztok, przyglądając się, jak gęsta woda unosiła ślinę jego daleko. W tem Józiek zjawił się przed nim uśmiechnięty tryumfująco; wysunął rękę z za pleców i podał mu parę trzewików nowych, nowiusieńkich, z mosięźnemi dziurkami, na wysokich obcasach! Jasio spoglądał to na trzewiki, to na uśmiechniętą twarz kolegi, nie rozumiejąc, co miało znaczyć.
— Bierz, głupi, to dla ciebie — rzekł Józiek z miną władcy, wręczającego order zasłużonemu dygnitarzowi. Jaśko nie dowierzał swemu szczęściu, przycisnął gorąco rękę ko legi do swych ust. Józiek wysunął rękę zwolna.
— Poczekaj, to nie wszystko. Na Wielkanoc może kurtkę kupię — rzekł, siadając obok niego. Mam tam kilka