Strona:Ozimina.djvu/129

Ta strona została uwierzytelniona.

powagą wysiłku, aby skupić się cały na tych wspomnieniach, z których sączyła się cichość jak z południowej godziny na polu. A w miarę słuchania wodził dłonią wpółzamkniętą ponad nią, włosów nawet nie dotykając, jak gdyby chcąc ugłaskać tamtę głowę dziecka, przypominanego coraz to lepiej, coraz to wyraźniej.
— Patrz na mnie! — wołała, — chwytając go za piersi. — Poznajesz? Widzisz? Wspominaj ze mną, wspominaj ciągle! O, ja wszystko teraz tak doskonale pamiętam: każde słowo twoje, każde spojrzenie z przed laty... Patrz! Czujesz mnie? Przypominasz? — uwisała mu z całych sił na szyi. Więc się uśmiechnij. No, drogi! I nie męcz się tak myślą, nie męcz w oczach. O, Boże, Boże mój! — opadły jej na chwilę ramiona.
W oczach jego jakby przez mgłę z trudem przebity, stanął wreszcie uśmiech.
Wówczas ona przewinąwszy się jakoś w tej radości nagłej, zarzuciła nań ramiona tyłem, i tak uwisła na jego szyi, głową o piersi jego wsparta, cała skrętna w ruchu, jak dziecko w psotnej pieszczocie.
Zerwał się z miejsca, obzierając się, jakby za zgubionem w myślach zamierzeniem. Z klęczek nie powstała, uczepiona ramion jego czołgała się wprost za nim.
— Zostaw ty mnie lepiej, — dobył z siebie głucho, wyrwawszy rękę tarł nią jakiś czas czoło, przypominając znów zamiar poniechany, czy też zbierając z takim mozołem myśli rozpierzchliwe. — Bo przecież ja jutro...
Dorwawszy się znów ramion jego ściągnęła go tym