Strona:Ozimina.djvu/136

Ta strona została uwierzytelniona.

chetnej pamięci lat tylu szarga wspomnienie mściwym cynizmem. A ja tu przecie roztrwoniłam swą młodość najcenniejszą!... Ile smętku, goryczy, znużenia sobą, zmarnowania najpogodniejszych impulsów życia — we wszystkich tu spojrzeniach waszych... Brr! — otrząsła się cała i zatuliła w rotundę, jakby przed mgłą północną wskroś przenikającą.
— I patrz, — mówiła ujmując go niespodzianie za rękę, w tak nagłem kobiecem złagodnieniu po upuście szczerości, — dokąd cię ten smutek zawiódł? Chciałeś się mścić nad czemś, co już dzisiaj jest dla ciebie zgoła obojętne, co już dawno zwiędło w marzeniu. Czy to nie najlepszy dowód, że wszystkie wasze namiętności są już trupie, że nawet tą najpotężniejszą z człowieczych: zemstą — i nią nawet nie kieruje serce. Wy tu jesteście antypodami ludzi, mających jeszcze jakieś rzetelne, z natury własnej czerpane impulsy... I pomyśl tylko: za chwilę tamta dziewczyna! Tak oto wyzuty ze wszelkiej ochoty, z natury nieomal własnej, jużeś się stawał wampirem cudzej pogody i natury. I tak to u was wkoło idzie, — oto klątwa smętu waszego, — w błędne koło.
I aż sama zwiesiła głowę pod myślami temi.
— No, powiedzże choć słowo! — rzuciła nagle w rozchyleniu powiek i twarzy całej wydłużeniem niespokojnem: — stał wciąż bez ruchu z tym żarem oczu błędnym, suchem rozchyleniem zębów i drgawkach na twarzy bladej.
Zaszumiał mu znów w uszach tren wleczony. Dreptał przy nim z cylindrem na tyle głowy i zezem białek