Strona:Ozimina.djvu/137

Ta strona została uwierzytelniona.

w stronę Bolesława diwy towarzysz nieodstępny. I tego ogona, rzekłbyś, uczepiony, nim jakby automatycznie targnięty, wypsnął się skokiem za progi.
Twarz w dłoniach ukrywszy, przylgnął czołem do framugi, szukając w sobie daremnie jakiegoś śladu buntu, żalu, czy nienawiści. Bezwola głucha, oszołomienie tępe przywierało go wprost do tych drzwi zamkniętych, za któremi trzaskał szelestem po schodach diwy tren szumny. To tryumfujące nad życiem mądre ciało kobiety, które głosi oto zdaleka swą pychę ogonem, pozostawiło mu w swem zwycięstwie odrętwienie myśli wszelkich i dławiącą, jak czad, materyalność swej aury, pętającą wszelki odruch duszy.
I stał tak wciąż, gubiąc powoli myśl, gdzie się znajduje i co czyni; tężał, krzepł, — uparło się ciało w ruchu zastygłym, a myśl i wola człowieka jakby wyrwać się chciały z czoła, które ściskał oburącz. Zaś ten gest kurczowy rodził w tępym odruchu łzy bierne, zgoła omijające świadomość: ciało samo litowało się nad sobą, strojąc duszę zmyloną na swój ton bezradny.
Nagle ujrzał przypomnieniem, poczuł nieomal na sobie jakieś sowie oczy o żółtym blasku: przez źrenice jakby widne złowróżbne żagwienie się mózgu tamtej somnabuli, z którą mówił tu na początku. »I pan jest taki sam!« powiadała mu ta czarownica. — »Jakiż to? — pytał wówczas, — trawiony zimną gorączką wielkomiejską? spalony przez innych ogniem własnym?...«
Myśl gorączkowa podsunąła mu wnet potem drugie zapatrzenie się w niego: tej twarzy w monoklu z jej