Strona:Ozimina.djvu/152

Ta strona została uwierzytelniona.

I jęła chodzić po pokoju. A że krok plątał się mimo wszystko, był jakby niezdecydowany i co chwila w opieszałość opaść gotowy, więc podjęła suknię bocznym chwytem, możliwie wysoko: ściągnęła fałdy w garść dla większego reljefu bioder, czyniąc to wszystko po części »Wandzie na złość«, tym »świętościom« w odpowiedź, po części zaś dla skrzepienia, — by uczuć się, wszystkim smętkom spornie: hardą, mocną, pewną siebie. I tak w biodrach rozkołysana, w brawury kobiecej kroku i geście przechadzała się po miękkim dywanie jakby na czających się stopach.
— Bój się Boga, Nino, co ty gwiżdżesz?!
— A ty skąd to znasz? — odpowiedziała opryskliwie, pokazując gniewnie czubek języka.
I zawstydziły się obie.
Stąd nawrót smutku jeszcze gorszy niż przedtem. Wanda doczekała się wreszcie: oto łzy wielkie zakręciły się wirem gwałtownym w oczach Niny; porwała się tedy z miejsca, by ją ramionami ogarnąć. Lecz Nina żachnęła się jej w rękach, chwytając kurczowo za oba ramiona.
— Ach, zostaw mnie! Bo jabym w tej chwili coś złego chciała komu zrobić!
— Komuż to?... — rozchyliły się szeroko fijoletowe oczy Wandy. — I za co?...
— Ach, wszystko jedno komu! Wszystko jedno za co! Zostaw mnie. Ty wcale nie jesteś kobietą. Ja nie umiem myśleć potulnie.
Przez pokój przeszło w pośpiechu kilku młodych