Strona:Ozimina.djvu/154

Ta strona została uwierzytelniona.

ludziom w chwili, gdy nikt o pierwszeństwo spierać się nie myślał, że stało się jakoś tak, iż szpula bandaża znalazła się rychło w rękach Niny, a biała szmata owijała się koło rannej głowy łagodniej i troskliwiej niż przedtem.
— Dobrze tak? — pochyliła się nad uchem twarzy nie widzianej.
Odmruknięto basem.
— A wy nie przypatrujcie się tak, bo jemu przykro, — zwróciła się z nakazem do ludzi, którzy przed chwilą dopuścić ją raczyli.
Jakoż cofnięto się natychmiast.
Z dołu ponad głową ranną wyciągnęła się olbrzymia, żylasta łapa i, namacawszy gdzieś po nad swojem czołem rękę Niny zakrzątaną, ukryła ją w swoim kułaku niemą podzięką.
Załatwiwszy się rychło, odwróciła się ku ludziom, niecierpliwa odpowiedzi, której dotychczas jej nie udzielono. Ta natarczywość pomocy i zaciekawień, ta drobnych rąk kocia krzętność, gładkiego oblicza powab, oczu rozbieganie łyskliwe i postaci całej szelestna zwinność: cały ten nerw i dryg kobiecego niestatku, wniesiony w ponurą chwilę niebezpieczeństwa, usposabiał ludzi milcząco i chmurnie. Nina poczuła na sobie spojrzenia niechętne. Dobywszy wreszcie z czyichś ust opryskliwych, co za goście są w przedpokoju, krzyknęła sprężeniem się postaci całej, by w nagły zwrot poskoczyć ku drzwiom na stopach miękkich. Dopadła oczami do dziurki od klucza. Ktoś ją gniewnie za ramię powstrzymywał. Szarpnęła się całem ciałem.