Strona:Ozimina.djvu/156

Ta strona została uwierzytelniona.

nie. — Czy ja tak zdziczał, że stał się strachem na dziewczęta? — No, nie na to mówię! — odmachnął się łapą od jej zmieszania. — Prosto powiedziawszy, przypomnieliście mi kogoś z przed lat dawnych, — bardzo już dawnych!... I jaka podobna!... Więc dlatego zatrzymałem się zdziwiony. Mnieby krzyknąć, a nie wam.
Przetarł łapą twarz i wyciągnął do niej kułak otwarty.
— No, i niema o czem, — urywał sobie widocznie w myślach wspomnienia te dawne.
Przysiadł na kanapie, spoczął tak, że aż sprężyny zadzwoniły pod nim. I jął się rozglądać po obecnych.
Po chwili trzepnął się dłonią po kolanie.
— Toż oni was z gromady ludzkiej, jak magnes stalowe opiłki — samem zbliżeniem się — wszystkich tu powyciągali. A śmiać się niema czego! — fuknął na nich twardo.
Sapał ciężkim oddechem w brodę i niezadowolony mruczał w nią coś do siebie.
Wszyscy witali się tu niedbale, raczej uśmiechami tylko; dziwili się wciąż temu, jak to, nie zmawiając się, zeszli się tu wszyscy razem, wreszcie zagadali poważnie o tem, jak wielkiem złudzeniem były nadzieje, jakoby z tych sfer dało się »coś wyciągnąć.« — »Czem dla nich chwila dziejowa!...« Hrabia zrozumiawszy z trudem wielkim, o co zgłaszają się do jego fortuny, stał się jadowicie złośliwy.— Nabab z Ukrainy bał się wprost rozmawiać i opuścił coprędzej zebranie, w którem roją się takie tajemnicze szatany. — Szlachcic z Litwy, Wojciech Stanisławowicz, zbladł jak chusta i wytrzeszcza