Strona:Ozimina.djvu/235

Ta strona została uwierzytelniona.

słuszność musi być aż brutalna, to czemże jest jej własne życie, skoro nagle: rączka, główka, czółko. Lecz jeden rzut oka na niego wystarczył, aby się przekonała, że ani poniżać jej nie zamierzał, ani też przymilnym być w życzliwości: przeciwnie, — wygłaszając te słowa »rączka«, »główka«, miał jakąś powagę, namaszczenie nieomal w sobie. I teraz dopiero uderzyło ją coś obcego w całem zachowaniu się tej nieco sztywnej postaci: znamiona rasy tknęły ją instynktownie.
— A z czego spłynąć może otucha? — dobyła z siebie głosem nieufnym.
— Z ukochania życia właśnie takiem, jakiem ono jest! Naprzekór wszelkim »tabu«, ideałów: wszystkim Woydom, dziadkom, panom Komierowskim: wszystkim tworom posępnym; z ukochania życia naprzód ciekawością, potem pragnieniem, wreszcie walką...
Jej zwisały powoli ramiona, a zdziwione oczy, jakby się gdzieś w dal błąkać poczęły, szukając wspomnień dzisiejszych w ich kolejnem następstwie: byłożby w tem wszystkiem jakieś znaczenie dla niej niepojęte?...
Nie spuszczała z niego oczu szeroko otwartych.
— Należy ukochać życie, — mówił baron tymczasem, nad smutek wszystkiego, co jest, lub być może; pogardzić wszystkiem, co smutek i pesymizm niesie.
— Och, Boże! — krzyknęła wprost, bo stary major stanął jej natychmiast przed oczami, właśnie w chwili, gdy go odprowadzano precz.
I jakaś niepewność odbiła się na jej ruchach, wraz niespokojnych.