Strona:Ozimina.djvu/309

Ta strona została uwierzytelniona.

jeszcze bardziej. Naciskał kapelusz głębiej na przepaskę czoła, nastawiał kołnierz: cały człowiek zjeżył się był milczeniem. Jakoż od dłuższego czasu nie odzywał się tu między nimi wcale. Teraz dopiero pod te pomruki i złe śmiechy tłumów ocknął się jakby i zatrzymał na nich głuche wejrzenie. Targał brodę. Wreszcie odezwał się głosem jakby znużonym, z trudem dobywającym z siebie słowa cierpkie:
— Te wasze idyotyczne sympatye, Jur, dla dewocyi. Święta »Agapa« była także komunistką, powiedział wam może jaki głupkowaty kleryk. A te mużyki są nimi również.
Ten zmieszał się w pierwszej chwili, lecz niebawem zaciął się wejrzeniem na znak, że o tych rzeczach mówić nie chce.
— Po książkowemu, po waszemu, — mruczał tylko, — dogadałbym ja się z ludźmi za lat dziesięć pono.
Komierowski zwrócił się gwałtownie do profesora z desperackiem rozłożeniem rąk.
— A przecie: zawsze to samo! Na dnie wszystkiego ten przeklęty sentymentalizm narodu! Tam, — mówił wskazując w górę, ku miastu: — »wieszczów« mądrość biblijna, lub dewocye doktrynalne; tu: idealizacya nędzarzy, jako »sprawiedliwych w Panu« i naprawiświatów właśnie, powołanych przedewszystkiem do »prostowania dróg Jego«.
Profesor spoglądał mu tylko w oczy, jakby potakując milczeniem każdemu jego słowu. Po długiej dopiero chwili podjął: