Strona:Ozimina.djvu/316

Ta strona została uwierzytelniona.




Nina podźwignęła się dłońmi i przysiadła na brukach, zdziwiona tak nagłą ciszą i pustką naokół.
— Koń! koń biegnie! — wykrzyknęła nagle w głos, widząc, jak okulbaczone bez jeźdźca zwierzę, wpakowawszy się tupotem ciężkim na trotuar, wącha łbem niespokojnym tę ślizką drogę, osadza się przed czemś i w nagłym młynku a iskier skrzesaniu rzuca się w cwał wyciągnięty: pędzi w ogromnym tętencie wśród ulicy głuchej.
Tuż, tuż przed jej stopami przeleciał, bijąc się po bokach rozkołysanem strzemieniem.
Czyjaś ręka wyciąga się za nim zdaleka. Porwał się ktoś prężnym skokiem z ziemi, przebiegł kroków kilka i zwalił się znów, a ramieniem wyprężonem drgawkowo zda się wciąż macać przed sobą wypuszczonej z rąk uzdy.
Na brukach, kędy okiem sięgnąć, widać czapki, kapelusze, laski, ciemne chusty babie i pstre parasolki. Pod płotem samym leży coś, jakby spadłe z niego: okrycie męskie długie, czarne, wzdęte nieco nad bruk...
Targnięta lękiem instynktu, patrzała z czujnością zwierzęcia nieomal.