Strona:Ozimina.djvu/317

Ta strona została uwierzytelniona.

Sterczą z pod tego palta nogi sztywne.
Serce jej ścisnęło się nagłym skurczem i zaparł oddech przerażeniem rzeczy najstraszniejszej, widzianej po raz pierwszy młodemi oczami. Powieki zapadły ciężko: jak gdyby dłoń jaka opiekuńcza i surowa przysłoniła jej oczy: »Nie patrz! W duszę nie bierz!«
— Koń! koń! — uradowała się znowuż żywemu stworzeniu w tej pustce grobowej. »Wraca!« myślała z ciepłą jakby otuchą, gdy głowa osłabła opadała równocześnie w tył. Ciemieniem uderzywszy o bruki, słyszy tem wyraźniej rytmiczne podrywy cwału...
— Nie, po co pod mur? Po co? — upierała się kapryśnie w czyichś ramionach. — Kiedy wszystko jedno. Zaraz wstanę. Dziękuję panu.
— Niech się panienka nie boi nic! — wołano nad nią śpiewnie, jak w polu: z akcentem na ostatniem słowie.
— Gdzie jest koń?
— A mnie on co?! Nie mój. I jest o czem myśleć teraz!
— Takie wszystko strasznie dziwne...
— Niby co? Boli głowa? Opatrzą.
Przyklęknął nad nią, by obejrzeć głowę ranną. Lecz gdy w twarz jej spojrzał, mimo surowości w oczach, błysło w nich coś przelotnego, jak to zawsze u mężczyzn, gdy który z nich znienacka na nią spojrzy. Już nie chylił jej głowy ku sobie, lecz sam się nad nią zginał; kapelusz zdejmował powoli i ostrożnie, aby jak najmniej bólu przyczynić. Patrzał uważnie, włosy rozgarniał, — dotknął raz i drugi: — syknęła z bólu. A on rozchmurzył się nagle, odjął ręce zakrwawione przy tej robocie i, powstając z ko-