Strona:Ozimina.djvu/57

Ta strona została uwierzytelniona.

Przepuściwszy mimo oczu uważnych całe szeregi panów, stała się nagłe czujną. »Kto to jest?« rzuciła niecierpliwie w pusty pokój, ledwo drzwi zamknęły się za jednym z przechodzących.
— Były przyjaciel naszej diwy, — podwinął się nie wiadomo skąd p. Horodyski.
— Ach, tak! — rzekła głuchym altem. — No, to się rzecz tłumaczy. Artystki zabierają tym klempom z salonu zawsze najlepsze kąski.
Pan Horodyski rozpromieniał w oka mgnieniu. I, rad tej znajdzie niespodzianej, zatarł suche ręce, gotując się na dobrą rozmówkę.
— Dlaczego to, proszę pani, wśród tylu tu »kąsków« ten jeden ma być najlepszy? Nerwy kobiece są wprawdzie przedziwnym dynamometrem...
— Serce kobiety doznaje w życiu więcej zawodów niżli jej nerwy.
— Ale te ostatnie bywają dla niej bardziej nieukojone.
Parskał i chichotał sam, bo dama z niezmąconym spokojem na twarzy pogodnej otrząsała popiół z papierosa. Jego ogarniał już entuzyazm dla otwartego wejrzenia niewiasty świadomej. Nie prędko spostrzegł, że tuż przy nim trząsł brzuchem dostatnim jegomość o dziwnie lśniącej pełni roześmianych w tej chwili policzków. Pan Horodyski poznał znajomego fabrykanta Szolca i przedstawił go wnet. Dama spoglądała nie bez aprobaty, jak między wyłogami fraka wyciskał się ten brzuch śmiejący, niby dojrzały kasztan z pękniętej