Strona:Ozimina.djvu/58

Ta strona została uwierzytelniona.

łupiny. »Rond point«, nazwała to sobie w myślach. A gdy ją zaleciał błękitny dymek cygara rozchyliła nozdrza.
— Ogromnie lubię, kiedy mężczyna pali cygaro, — rzekła swym nizkim altem.
Pan Szolc w odpowiedzi na ten niespodziewany awans wyprostował krępą postać, wystawił swą małą nóżkę z pod brzucha i zaciągnął się mocno cygarem. I to nieoczekiwane podrażnienie fantazyi skojarzyło się w nim rychło z łatwą pobudliwością apetytu. Pomyślał tedy, że z tą panią miłoby było spożyć na osobności kolacyę, gdyż takie zwykłe jadać dużo i ze smakiem, nie pijąc, podniecają się dziwnie samem jedzeniem i bywają wtedy najciekawsze w sprośnych rozmówkach nad talerzem.
Dama tymczasem wychylała się ku drzwiom do dalszych pokojów, kiwając na kogoś zdaleka.
Na progu zjawiła się Nina. Jej jasnych sukien szmer i zwinność przyniosły jakby wiew ochłodny w duszną dymnicę cygar. Po niedawnej rozmowie z pułkownikiem w poczuciu wciąż jeszcze w dwójnasób lekka, tą rzeźkością niemal harda, śmiała się ku nim całą postacią, jakby wstrzymaną w skoku: głowy podrzutem pytającym, włosów zuchowatem odgarnieniem z czoła i twarzy otwartej roziskrzeniem ciekawem.
— Ot, jaką ja sarnę wywabiłam na progi, — rzekła dama.
Szybkością ptasiego odruchu podrzuciła się głowa dziewczyny w stronę głosu. Zasłyszane słowa i ich sens znalazły się w tej głowie o wiele później. I wtedy do-