Strona:Ozimina.djvu/93

Ta strona została uwierzytelniona.

bo marszczył czoło. — To ona tak z domu będzie? A rodzina z Radomskiego — hę?
Łowił w pamięci przypomnienia widocznie dalekie, wreszcie mruknął jakby do siebie: »Stryj to jej chyba będzie. Michał — a jakże! — Michał mu było na imię«.
I rozgadał się nagle:
— Pan Komierowski Michał ojcu dwadzieścia koni ukradł i wszystkich ludzi folwarcznych pociągnął. Pocztem wielkim szedł pan Komierowski Michał — »do lasu«. A fantazyę pańską miał! — List do nas grzeczny po francusku napisał: jeńcem wojennym chciał się mieniąc (Trzech kozaków gołych w kąpieli raz przyłapał). Jenerał! Glównokomandujuszczy! A ludzi miał: dmuchnąć! A co się z nimi nadokazywał! No, ale też i czortowscy ludzie to byli! W polu — jastrząb o nich wiedział, w lesie — sam bies ich zgubić musiał.
Urwało się nagle pułkownikowi, oczy zmrużone błąkały się czas jakiś po suficie, a potem, jakby w pogoni za czemś pierzchłem, wybiegły zda się jeszcze dalej.
— Gdzie te lasy dzisiaj!... Gdzie te dwory!...
Przerwał mu nagły śmiech. Ksiądz ześlizgnął się z rampy bilardowej i, ująwszy się w talię wazką, aż się za taczał w rozgłośnym śmiechu.
— I dałby kto wiarę: na tem skończył, że... że zatęsknił!
Ksiądz osunął się w wielki dziadkowy fotel, plecami rzucił się w jego głąb — i śmiał się wciąż.
Pułkownik błąkał się jeszcze gdzieś spojrzeniem, a draś-