Strona:Ozimina.djvu/98

Ta strona została uwierzytelniona.

oburzeniem energii radosnej, rzuciła żywość i swobodę na zgromadzenie całe.
Gwarno czyniło się przy stole biesiadnym.
Pułkownik znalazł się w kącie wyłącznie męskim, mając za sąsiada tłustego obywatela z Litwy; gawędził tedy z Wojciechem Stanisławowiczem. Obu panów zaciekawiła bardzo królująca przy stole postać starca o soplach siwych wąsów zwisłych niżej podbródka, zadartego ku górze pod zakrzywiony nos: sędziwość wielka wyzierała z tej twarzy zwiędłej w dziób ptaka niedomknięty i woskowego czoła o trumiennym połysku.
— Któż to jest taki? — pytał pułkownik.
— Dziad pani. Major.
— Hm? rozszerzyły się pułkownikowi oczy. — Czyż by taki żył jeszcze?... Wojsk polskich?
— Kampanię trzydziestego roku odbył jako oficer. Majorstwa dosłużył się na Węgrzech pod Bemem.
— Pod Bemem, — oryentował się pułkownik szybkiem potakiwaniem głowy.
— Za Garibaldiego niósł w roku wolność Neapolowi pod jenerałem; tamże ranny. Brał udział w 63-im roku. Bił się jako ochotnik w wojnie francuskiej, w franctireurach pod jenerałem Lipowskim.
Pułkownik potakiwał szybko głową.
— Wnet potem walczył przeciw armii wersalskiej pod jenerałem Dąbrowskim Jarosławem.
Pułkownik drgnął i roztworzywszy już usta kazał długo czekać na słowo zdumienia.
— Komunard?! — szepnął wreszcie.