Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/082

Ta strona została uwierzytelniona.


to nas ta już nie dużo obchodzi. W tem cała dba na zimę, co sie latem zbiere. A tego lata deszcz po deszczu, powódź za powodzią — takich naremnic nie pamiętają ludzie już oddawna. Różnie se naród myśli: co takiego, iż te burze i grady tak często przychodzą. Opowiadał mi kościelny, a jemu znowu — ksiądz, że pono jacyś heretycy armatę wynaleźli taką, coby z niej można do chmur strzelać i rozpędzać grad, a te burze tegoroczne to — powiada — kara boska za tę ludzką pychę, choć mnie się ta nie chce wierzyć... Ha, no, kiepskie żniwa. Ja sie też zebrał, myślę sobie: Trza uzbierać na mszę...
Mówił szybko, bez przerwy, nie myśląc o tem, co mówi. Oczyma błąkał po górach rozodzianych z lasu. Po chwili przestał i zwiesił głowę w zadumaniu ciężkiem.
— Tak ono tak... gdzież się ta woda ma utrzymać?
Spotkałem jego oczy — zczerwienił się i zwrócił je na bok.
— To, widzicie, jest dopiero jedna z przyczyn.
— Wiadome one i mnie trochę — odparł. — Darmo się wypierać. Ale to tak, moiściewy. Człek nie wójtuje, to se myśli: niechta! Niech sie trapią insi. I lepiej ujść, nie słyszeć, nie wiedzieć o niczem. Bo kiedy myślą za nas, to niech myślą, niechże sie im zdaje, że człek już nima czucia, ani dusze, że sie już tak doznaku sponiewierał w tej ladaczej służbie. Ale... do niczego dobrego to nie prowadzi. Jak i z tymi wyborami... potrzebne to na co? powiedzcie sami. Dyć sie mogą pieknie ładnie bez tych komedji obejść. Naród sam to pokazuje, a nie chcą widzieć. Usuwa się i czeka, co to bedzie dalej. Ani temu, ani temu korzyści, jak zawdy. A oni myślą, że ich góra. Śmiech mie ino bierze. Przypomina mi sie zaraz przypowieść o wilku. Słyszeliście już kiedy?