Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/095

Ta strona została uwierzytelniona.


Przeszliśmy tak szeroki dział i schodziliśmy w osiedle, rozłożone czarnemi chałupami nad kościołem.
Wśród zabudowań spotkaliśmy małego chłopczynę. Szedł żwawo, prawie biegł pod górę, boso w brudnych płócienkach i obstrzępionej koszulinie. Kapelusz trzymał w obu rękach.
— Ty co niesiesz, Jasiu? — spytał go chłop.
— Kukurzycę...
— W kapelusie ino?
— Wystarczy. Gazda mię posłali, bo dają za darmo. Ledwo-ch się dopchał. Zetrze się na śniadanie i zjemy. Ostańcie z Bogiem...
— Mizerota! Jak se to umie radzić!... — popatrzał za nim gazda.
— I to wszyscy tak biedzą? Wszyscy?
— Ho! ho! Zobaczycie, jaki bedzie ścisk koło wozu... — śmiał się i dyszał chrapliwie.
Zeszliśmy na kamieniec przez wodę i stanęliśmy przed kościołem. Zdala doleciał mych uszu hałas jarmarczny.
Przed organistówką stał wóz drabiniasty; dokoła cisnęli się ludzie i pchali jedni przez drugich. Na wozie chłop jakiś wymachiwał rękami, z boku wójtowie hamowali pchający się naród. Tłum nie słuchał jednak tłómaczeń wójtowskich, lecz kłębił się i spychał, jakby zajadła, mrówcza czerń. Kto mocniejszy, dostał się prędzej do wozu ponad plecyma innych, brał, ile mógł, i wysuwał się z ciżby.
Kobiety, niedorostki i dziady stały na boku, czekając, aż im się co na ostatku dostanie.
Zniemiałem chwilę i stałem długo, zapatrzony w hałaśliwy tłum. Przed oczyma migały mi twarze znajome „porządnych” gospodarzy, kilkumorgowych zagrodników.