Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/098

Ta strona została uwierzytelniona.


— Co was też tu pod wieczór przyniesło? — zagadnął, zbliżając się ku mnie, z prostodusznym uśmiechem.
— Wyszedłem popatrzyć na dół... Ładny widok! — wskazałem ręką.
— Ładny, bo ładny... ale tu jeszcze ładniejszy.
Pokazał na zbocza i westchnął cicho. Wyręby puste, z rzędami pniaków, zaczerwienionych od zorzy zachodniej, ciągnęły się daleko, otaczając nagą postacią strome ubocze gór...
Westchnęłem za nim. Pamiętam dobrze te lasy czarne, smrekowe. Małym chłopcem latałem tu na grzyby, wspinałem się po drzewach za cisawemi wiewiórkami, lub wyczekiwałem powracających z polan pasterzy. Znajomym był mi cały las na trzy mile w około. Jakie tu smreki były śmigłe! Kamieniem nie przecisnął. I to wszystko gdzieś poszło — za tak niedługi czas!...
— E, pójdziecie wyżej, hań ku wirchu? — spytał chłop.
Bez odpowiedzi, poszedłem z nim kamienistą drogą, zygzakiem wiodącą do szczytu.
— Były tu lasy, były!... — mówił chłop, zaganiając woły — piekne i hrube i wysokie... samiutkie smreki! Hale cóż?... Zachciało się hrabiemu (ućciwszy was poćciwych) żydowskiego łajna i posprzedał doznaku. Zleciało się żydowstwo, jak mszyce, pozakładało parowe tartaki i chyciło sie z kraja. Tutejszy naród klął pocichu i powiadał głośno: Niech tną, choćby do sądnego dnia... Bo lasy, wicie, były takie, żeby je bez trzy dni nie przeszedł. Ale oni światowców skądsi dognali, i ci dopiero poczęli trzebić bez pardonu, że ostało ino to, co hań widać...
Wskazał ręką na zbocze Obidowca, gdzie potracone buki zieleniły się jasno i sterczały gdzieniegdzie suchymi konarami stare, przegniłe jedle.