Strona:Płanety (Władysław Orkan).djvu/101

Ta strona została uwierzytelniona.


Pykał drobno z fajeczki, spluwał przed siebie i patrzył na mnie prostodusznie. Siedzieliśmy w milczeniu. Wiatr szuściał dokoła nas wysoką gibrzyną i kołysał z szelestem rozłożyste maliniaki. Woły pasły się wrębem ponade drogą.
— E, trza iść — ozwał się chłop — boby jeszcze kto nadszedł niechcęcy.
Wytrzepał fajeczkę o pniak, schował do zanadrza i ruszył za wołami, zaganiając je ku drodze.
Żal wam duże trawy, żal... — mówił do nich serdecznie. — Dobrze, żeście choć telo urwały... To sie zmarni — wskazał biczyskiem — zeprzeje i zeschnie, a nie dadzą wypaść...
— Za to smreczki podrosną — zauważyłem.
— Kto ta dożyje! Ja, bo nie... he Cisoń, he!
Zbliżamy się do szczytu.
— Za przykładem panów idą chłopy — tłómaczył mi gazda — co ino kto ma, to ścina, niszczy i przedaje... Ale też i nie dziwota, bo bieda szelma dogania... Trudno zdychać z głodu. Nima sie czego chycić na przednówku, to chytają sie lasu. Niejeden zetnie smreka, zawiezie na miejsce żydowi, to go jeszcze musi pieknie prosić, po rękach całować, coby raczył kupić. Żyd sie, wicie, ogania i droży, aże kupi za telo, za kielo sam zechce. Wnetki przehandlują i chłopy swoje laski; wnetki nie ostanie na budulec, ani na opał. Zaczkajcie ino rok, dwa...
Stanęliśmy na szczycie. Z polany okrągłej, widnej, odsłonił się wspaniały widok na ogołocone z lasu Gorce.
Te wręby calutkie — objaśnił mię chłop — od Lubomierza jaże do Olszówki, to posiadłości hrabiego z Przysłopia... Hań, te góry nagie, co stoją przed nami, to hrabiego z Kamienice; a te pustacie na lewo, to pana mszańskiego... Ładne posiadłości! nima co rzec...