Strona:PL A Daudet Jack.djvu/707

Ta strona została skorygowana.

mawiali o dobroci starego lekarza. A gdyby Belizaryusz poszedł po niego, wezwał do łoża śmierci biednego towarzysza, jakieś współczucie, jakąś twarz ukochaną? No dobrze. Pójdzie do domu, weźmie na grzbiet swój tłomoczek, bo bez niego nigdy nie podróżuje: ot i już się wybrał, drżąc od zimna i skulony idzie gościńcem do Etiolles, gdzie Jack spotkał go po raz pierwszy. Niestety, widzieliśmy, co go oczekiwało na końcu tego długiego pochodu.
W czasie tym pani Belizaryuszowa, zawsze jeszcze siedząca u wezgłowia przyjaciela, sama już nie wie, co myśleć o tak długiej nieobecności, ani jak uspokoić oczekiwania chorego, którego myśl zobaczenia matki utrzymywała w wielkiem wzburzeniu. Wzburzenie to zwiększał jeszcze tłum, jaki w niedzielę zbiera się przy łóżkach szpitalnych. Z ulicy, z dołu schodów słychać już wrzaski i tupanie nogami, które dźwięczne podwórza i korytarze przedłużają i czynią wyraźniejszemi. Co chwila drzwi się otwierają i Jack spostrzega odwiedzających. Są to robotnicy, drobni mieszczanie, czysto odziani; przechodzą oni w przedziałach pomiędzy łóżkami, rozmawiają z chorymi, których przyszli odwiedzić, dodają im odwagi, usiłują wywołać uśmiech jakąś anegdotką lub wspomnieniem rodzinnem. Częstokroć głos bywa łzami zwilżony, kiedy oczy starają się być suchemi. Zdarzają się słowa niezręczne, milczenia kłopotliwe, słowem wszystko to, co jest uciążli-