Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/106

Ta strona została uwierzytelniona.
VII.

Po pewnym czasie do uszu Władysława doleciał turkot kilku doróżek przejeżdżających pospiesznie obok hotelu, jedna z nich najwyraźniej zatrzymała się przed bramą i wkrótce rozległ się pytający głos hrabiego Karola:
— Szwajcar! Nie wiecie, czy pan Kierbicz nie wyszedł do miasta?
— Nie, proszę jaśnie pana! Zdaje mi się, że jest jeszcze w restauracji; wiem, że jadł kolację z panem Ursyńskim, ale ci państwo, co z nimi byli, już pojechali.
— Czego chcesz, Karolu? — odezwał się Władysław do zbliżającego się w ciemności hrabiego.
— Ah! ty tu! Chodź do Wróbla! Powiadam ci, heca babilońska, doskonała zabawa... Byłem za kulisami... Powiadam ci jest tam Ladowa c’est une fille superbe, de petite mains, blanche'... Powiadam ci j’eu suis fou. Chodź! chodź! Cała ta hałastra pojechała już do Wróbla. Jaś, powiadam ci, amuroso robi okropnie czułe oczy do Ladowej, a ona mu pantoflem nos obciera... Chodź, Władek!...
— Jakoś nie mam ochoty — odparł powoli Władysław — zdaje mi się, że mam na dziś dość tych kombinowanych uczt. Nudzi mnie to!