Strona:PL Aleksander Dumas - Czarny tulipan.djvu/118

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ XVIII.
KOCHANEK RÓŻY

Gdy to mówiła, usłyszano głos, zapytujacy Gryfusa co się stać mogło.
— Mój ojcze... — mówi Róża.
— Co takiego?
— Pan Jakób pyta się o ciebie, widać, że jest niespokojny.
— W istocie, taki hałas niezwykły w więzieniu mógł go naprowadzić na wniosek, że wielki jest kłopot z tymi uczonymi.
Poczem, wskazując ręką na schody, mówi do Róży:
— Idź naprzód, mościa panno... poczekaj na mnie, panie Jakóbie.
Gryfus odszedł w towarzystwie córki, pozostawiając Korneljusza przygniecionego brzemieniem rozpaczy, który mówi:
— Oh! to ty mnie zamordowałeś, stary oprawco! Nie przeżyję tego!
Rzeczywiście biedny więzień byłby może ciężko zachorował, gdyby Opatrzność nie była mu zesłała pociechy w osobie Róży.
Wieczorem dziewica przyszła do niego, jak zwykle.
Oświadczyła mu na wstępie, że odtąd jej ojciec dozwoli mu hodować kwiaty.
— Skądże wiesz o tem?
— Może to był podstęp z jego strony?
— Nie, gdyż żałuje swego postępku.
— Oh! to już zapóźno.
— Jednakże ten żal nie pochodzi z jego strony.
— Z czyjejże przecie?