Strona:PL Aleksander Dumas - Czarny tulipan.djvu/209

Ta strona została przepisana.
ROZDZIAŁ XXXI.

W tej uroczystej chwili, gdy echo okrzyków radości odzywało się w różnych dzielnicach miasta, kareta przejeżdżała drogą poza drzewami otaczającemi orszak uroczysty; konie stępa iść musiały z przyczyny natłoku dzieci, które dorośli mężczyźni i kobiety poodpychali za siebie, pragnąc się zbliżyć do miejsca opisanego.
W tej karecie zapylonej, ciągnionej przez strudzone konie, jechał nieszczęśliwy van Baerle, który przez okno drzwiczek mógł widzieć ten ruch miasta, który usiłowaliśmy opisać dokładnie.
Ta wrzawa, tłumy ludu, migające oblicza i barwy ubiorów zaćmiły wzrok więźnia jak błyskawica, któraby przenikła do jego więzienia.
Pomimo obojętności swego towarzysza podróży, którą mu ten dotąd okazywał nie odpowiadając na zadawane zapytania dotyczące jego położenia obecnego, Korneljusz spróbował wszakże przemówić raz jeszcze do niego, powodowany ciekawością coby ten ruch w mieście oznaczał, nie domyślając się bynajmniej i nie mogąc przypuścić jego celu.
— Nie mógłbyś mi pan powiedzieć, co to jest? — zapytuje swego towarzysza.
— Zdaje się, że to jest widoczne — dziś święto i uroczystość w mieście.
— Ah! to święto i uroczystość — mówi Korneljusz głosem żałobnej obojętności, właściwym człowiekowi, któremu radość oddawna jest nieznaną i nadzieja odjęła.
Poczem, po chwili milczenia, gdy kareta postąpiła kilko kroków dodaje:
— Zapewne jest to święto patrona Harlemu, gdyż widać mnóstwo kwiatów.
— W istocie jest to uroczystość, w której kwiaty główną rolę zajmują.