Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.
—   12   —

prawej stronie podwórza, i ukazali się w nich paź i dwóch marszałków, za którymi szło ośmiu knchcików, niosących na dużych tacach potrawy, przykryte srebrnemi pokrywami. Orszak ten przeszedł przez całe podwórze, a strażnicy wstawali i przed jedzeniem broń prezentowali.
Panna Montalais i jej towarzyszka zajęły się znów zaczętym listem.
— No, dalej, zabieraj się do roboty... wołała wesoło Montalais. Pisz jeszcze raz owe piękne „Panie Raulu“, co już raz błyszczało na nagłówku podartego listu.
I, śmiejąc się, włożyła jej pióro w rękę.
— A teraz?... — zapytała młodsza.
— Teraz, Ludwiko, pisz, co myślisz — odrzekła Montalais.
— Czyś pewną, że myślę o czemś?
— Myślisz o kimś, a to na jedno wyjdzie... a nawet to podobno gorzej.
— A wiec skoro umiesz czytać w mych myślach, powiedz mi, co ja myślę, Montalais?...
— Przedewszystkiem nie myślisz wcale: „Panie Raulu!“, ale masz na myśli: „Kochany Raulu!“
— O!...
— Nie potrzebujesz się rumienić o taka drobnostkę... A zatem dalej: „kochany Raulu!... Prosisz mnie, abym pisała do Paryża, do ciebie, któremu służba nie pozwala ruszyć się z miejsca. Musisz się bardzo nudzić, jeśli rozrywki szukasz we wspomnieniach wieśniaczki...
Ludwika podniosła się nagle.
— Nie, Montalais — rzekła — nie!... ani jednego słowa nie myślę z tego, coś powiedziała... Chcesz wiedzieć, co naprawdę myślę?... patrz!
I, ująwszy śmiało za pióro, wprawną ręką nakreśliła następujące słowa.
„Czułabym się bardzo nieszczęśliwą, gdyby prośba pańska o jakąkolwiek pamiątkę chwil minionych znalazła mniejszy oddźwięk w mem sercu, niż go znalazła istotnie. Wszystko tutaj szepcze mi o pierwszych latach naszych, co tak szybko upły-