Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/25

Ta strona została uwierzytelniona.
—   25   —

bio... żałuję, że okno jest wysokie na pięćdziesiąt stóp, i że wychodzi na podwórze, zabrukowane kamieniami.
Raul bezmyślnie wyjrzał przez okno, jakby się chciał o tem przekonać. Ludwika chwyciła go za ramię.
— Jakaż ja jestem szalona — zawołała nagle Montalais, — przecież jest szafa na suknie.. zupełnie, jakby na to stworzona...
Czas już był najwyższy... Pani de Saint Remy szła prędzej, niż zwykłe. Weszła na górę właśnie w tej chwili, gdy Montalais zamykała drzwi szafy, i w obawie, aby się nie otworzyły oparła się o nie plecami.
— A!... — zawołała pani de Saint-Remy — Jesteś tu, Ludwiko!...
— Tak... jestem — odrzekła bledsza, niżby ja pochwycano na zbrodni.
— Dobrze, dobrze!..
— Może pani będzie łaskawa spocząć — wtrąciła Montalais, podsuwając fotel i, ustawiając go tak, że pani de Saint-Remy musiała usiąść tyłem do szafy.
— Dziękuję, panno Auroro, dziękuję... Chodź prędzej, moja córko...
— Dokąd mam pójść, pani?..
— Do domu, trzeba przecież przygotować ubranie.
— Co?.. — wtrąciła Montalais, udając zdziwienie i nie chcąc dopuścić do słowa Ludwiki, z obawy, aby ta nie powiedziała jakiego głupstwa.
— Jakto?.. więc nic nie wiecie?.. — zapytała pani de Saint-Remy.
— O czem?..
— Nowina!.. wielka nowina!..
— Jakże pani chcesz, abyśmy wiedziały o wielkich nowinach, siedząc w tym gołębniku.
— Co?... nie widziałyście nikogo?...
— Mówi pani zagadkami i każesz nam umierać na wolnym ogniu — zawołała Montalais, która, widząc jak Ludwika ble-