Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/251

Ta strona została uwierzytelniona.
—   251   —

— Czy myślisz, że król bez żadnych, powodów wyniósł na takie stanowisko togo, którego ty nazywasz marnym pisarkiem?..
— Najsamprzód warto się przekonać, czy król naprawdę oddał mu te posadę?..
— Tak mówią.
— Kto mówi?..
— Wszyscy.
— Wszyscy, to znaczy, że nikt; wymień kogo dobrze powiadomionego, coby to mówił.
— Pani Vanel.
— A!.. zaczynam być w strachu, rzeczywiście — rzekł Fouquet śmiejąc się; — to znaczy, że osoba, która wymieniłaś, najlepiej może być powiadomiona.
— Nie obmawiaj biednej Margerty, panie Fouquet, bo ona kocha cię stale.
— Czy tak?.. to nie do uwierzenia. Sądziłem, że mały Colbert, jak mówiłaś przed chwila, odziedziczył tę miłość, zostawił na niej ślad atramentu i zabazgrał swojem pismem.
— Fouquet, Fouquet!.. otóż jakim jesteś, dla tych, które kochać przestałeś?..
— Czy teraz stajesz w obronie pani Vanel, kochana margrabino?..
— Tak jest, bo powtarzam, ona cię kocha zawsze, a na dowód tego, ona cię ostrzega i ocala.
— Za twojem pośrednictwem, margrabino; to bardzo zręczne z jej strony. Żaden anioł nie mógłby mi być milszym i pewniej do zbawienia doprowadzić. Lecz skąd pani znasz Margeritę?..
— To przyjaciółka moja z pensji.
Powiadacsz zatem, że ona ci doniosła o mianowaniu Colberta intendentem?..
— Tak.
— Otóż wytłomacz mi, margrabino; pan Colbert został intendentem, wszak tak?.. W czemże taki intendent, to jest mój