Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/281

Ta strona została uwierzytelniona.
—   281   —

— Pani — odpowiedział Fauquet zmieszany — przybywam w interesie... Parę słów, pilnych...
I wszedł do salonu.
Pani Vanel podniosła się, bledsza i żółciejsza niż zawiść sama. Na próżno Fouquet witał ja serdecznie, czule, odpowiedziała jedynie zjadliwem spojrzeniem, rzuconem na margrabinę i ministra.
Wzrok kobiety zazdrosnej to sztylet, co znajdzie zawsze słabe miejsce w najmocniejszym pancerzu; Margerita Vanel przeszyła jednym ciosem dwa serca.
Skłoniła się przed przyjaciółką, następnie jeszcze niżej przed ministrem, pożegnała ich pod pozorem kilku jeszcze wizyt do oddania, zanim margrabina zmieszana i Fouquet, przejęty obawą, pomyśleli o tem, aby ją zatrzymać.
Minister został sam z margrabiną; nie wyrzekł słowa, tylko przed nią ukląkł.
— Oczekiwałam pana — rzekła ze słodkim uśmiechem.
— O!... nie — odpowiedział — gdyby tak było, nie przyjęłabyś tej kobiety.
— Przybyła przed kwadransem zaledwie, nie przypuszczałam, że odwiedzi mnie dziś wieczór.
— Kochasz mnie więc trochę, margrabino?
— Nie o to chodzi, mój panie, lecz o to, co ci grozi; jak stoją twoje interesa?
— Dziś wieczorem uwolnię moich przyjaciół z Conciergerie.
— Jakim sposobem?
— Przekupię, uwiodę komendanta.
— Należy on do moich przyjaciół; czy mogę pomóc w czemkolwiek, nie szkodząc ci mimowoli?
— O! margrabino, byłaby to pomoc znakomita, lecz, jakże użyć jej bez skrompromitowania ciebie? Nigdy, przenigdy, ani władza moja, ani wolność nawet, nie będą odkupione, jeżeli na to musiałaby spłynąć jedna łza z twoich oczu, lub boleść zachmurzyć twe czoło.
— Nie mów do mnie w ten sposób, panie, słowa twoje upajają mnie... moja wina, że chcąc ci się przysłużyć, nie obra-