Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/308

Ta strona została uwierzytelniona.
—   308   —

— Opowiadaj — rzekł Gourviile.
— Panie — zaczął posłaniec — otrzymaliśmy rozkaz porwania więźniów i wołania przytem: „Niech żyje Colbert!“.
— Ażeby żywcem ich spalić, wszak prawda, opacie?.. — przerwał Gourville.
— Taki rozkaz dostał Menneville. Wiedział on jak ma działać, lecz został zabitym...
Wiadomość ta, zamiast zasmucić, uspokoiła Gourvilla.
— Żeby ich żywcem spalić?.. — odrzekł posłaniec, jakgdyby wątpił, że ten rozkaz na serjo był wydany.
— Ależ tak, nieinaczej — podjął opat surowo.
— Wierzy, panie, wierzę — ciągnął Denicamp starając się wyczytać z twarzy pytających, co rzeczywiście ma opowiadać, ażeby im dogodzić.
— Mów dalej — rzekł Gourville.
— Osądzeni, według rozkazu, mieli być przyprowadzeni na plac Greve, a podniecony lud chciał ich spalić, zamiast dopuścić do szubienicy.
— Lud miał swoje powody — rzekł opat — mów dalej.
— Otóż w chwili, gdy rozpędziliśmy łuczników, w chwili, gdy ogień wszczął się w jednym z domów, położonych przy placu, a przeznaczonych na stos dla winowajców, szaleniec jakiś, szatan, ten właśnie olbrzym, o którym wspominałem, a który podobno jest właścicielem domu, wespół z młodym rycerzem wyrzucił oknem tych, co utrzymywali ogień, przywołał na pomoc muszkieterów, znajdujących się na placu, skoczył z piętra na dół i zaczął wywijać szablą w ten sposób, że zwycięstwo zostało przy łucznikach, więźniowie odebrani, a Menneyille zabity. W kilka minut potem skazańcy już wisieli na szubienicy.
Fouquet, pomimo panowania nad sobą, wydał jęk cichy.
— Jak się nazywa ten właściciel domu?... — zapytał opat.
— Nie mogę tego powiedzieć, bom go nie widział; kazali mi stać w ogrodzie, i nie ruszałem się z miejsca; opowiadano mi tylko. Polecono mi po skończeniu wszystkiego, jak najprędzej siąść na koń i donieść panu, jaki obrót rzeczy wzięły. Według rozkazu, ruszyłem z kopyta i jestem tutaj.