Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T1.djvu/55

Ta strona została uwierzytelniona.
—   55   —

— Jego Królewska Mość król Anglji — powtórzył pokojowiec.
Na te słowa jeden z dworzan otworzył na oścież oba skrzydła drzwi, prowadzących do pokoju króla.
Ludwik XIV-ty bez kapelusza i szpady, w kaftanie rozpiętym postępował naprzeciw przybywającemu, nie ukrywając wcale zdziwienia.
— Ty?... mój bracie... ty tutaj?... w Blois?... — zawołał, dając znak dworzaninowi i pokojowcowi, aby przeszli do sąsiedniej izby.
— Tak jest, Najjaśniejszy panie... jechałem do Paryża w nadziei, że cię tam zobaczę. Dowiedziawszy się jednak o przybyciu twem do Blois, zatrzymałem się tu, chcąc pomówić z tobą o rzeczach szczególnej dla mnie wagi.
— Czy możemy tu mówić, mój bracie?
— Doskonale... zdaje mi się bowiem, że nikt nie będzie nas podsłuchiwać.
— A więc, mów, mój bracie, słucham.
— Zaczynam i proszę Waszą Królewska Mość o zlitowanie się nad nieszczęściami, dotykającemi naszą rodzinę.
Król Francji poczerwieniał i przysunął swe krzesło do krzesła, na którem usiadł król angielski.
— Najjaśniejszy Panie, nie mam chyba potrzeby pytać, czy Wasza królewska mość zna szczegóły mojej smutnej historji...
Ludwik XIV-ty poczerwieniał jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem, poczem, ujmując rękę króla Anglji, rzekł:
— Mój bracie, wstyd mi doprawdy powiedzieć, lecz pan kardynał tak rzadko rozmawia ze mną o polityce. Co więcej nawet... dawniej Laporte, mój pokojowiec, odczytywał mi wypadki historyczne, lecz pan kardynał zabronił tych wykładów i zabrał mi Laporta. A zatem, mój bracie, proszę cię, mów tak, jak gdybyś mówił do kogoś, co o tych rzeczach najmniejszego niema pojęcia.
— A więc, Najjaśniejszy panie, tem lepiej, bo zaczynając od dawniejszych nieco czasów, mogę mieć nadzieję, iż więcej wzruszę twe serce.