Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/262

Ta strona została uwierzytelniona.
—   262   —

Rozmowa trwała przeszło pół godziny.
D‘Artagnan nie mógł widzieć twarzy damy, bo stała tyłem, ale z postawy rozmawiających, z poruszeń ich i ze spojrzeń, jakie rzucali na siebie, widział jasno, że nie mówiono o miłości.
Przy końcu rozmowy, dama z uszanowaniem ukłoniła się Aramisowi.
— Ho!., ho!.. — rzekł d‘Artagnan — to się kończy nie jak schadzka miłosna. Z początku, kawaler na kolanach; następnie, panna pokonana i błagająca. Ale co to za panna?... Cóżbym ja dał za to, żeby ją widzieć?...
Ale było to niemożliwe. Aramis pierwszy odszedł; dama zasłoniła się kwefem i wyszła po nim. D‘Artagnan nie mógł dłużej wytrzymać; pobiegł do okna od ulicy Ljońskiej.
Aramis wszedł do oberży. Dama udała się w przeciwną stronę. Widać, że szła do powozu, który czekał na nią przy ścieżce w lesie. Szła powoli, ze schylona głową, zatopiona w głębokiem dumaniu.
— Co u licha!... muszę poznać tę kobietę — rzekł do siebie muszkieter. I, nie myśląc dłużej, udał się za nią w pogoń. Idąc, myślał, jakim sposobem zmusi ją do uchylenia zasłony.
— Nie jest młoda — rzekł — a musi to być kobieta z wielkiego świata niech mnie djabli wezmą, znam tę figurę.
Brzęk ostróg zaniepokoił damę; sądziła, że ktoś ją goni i odwróciła się.
D‘Artagnan podskoczył, jakby postrzał w łydki odebrał i zwrócił się napowrót.
— To pani de Chevreuse!.. — zawołał.
D‘Artagnan nie chciał powracać, nie dowiedziawszy się wszystkiego. Polecił ojcu Celestynowi, aby od grabarza dowiedział się, kogo dziś zrana pogrzebano.
Ten doniósł mu, że biednego mnicha, franciszkanina, który nie miał nawet psa, coby go kochał na tym świecie i odprowadził na miejsce ostatniego spoczynku.
— Gdyby tak było — pomyślał d‘Artagnan — Aramis nie byłby przy jego pogrzebie. Co do przywiązania, nie ma on psiej natury, ale ma ją chyba co do węchu.