Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/300

Ta strona została uwierzytelniona.




ROZDZIAŁ XLVI.
POJEDYNEK.

Wardes wybrał sobie konia, Guiche uczynił toż samo.
Dwaj przeciwnicy puścili się w drogę i wyjechali z zamku bramą, którą już znamy, gdyż przy niej widzieliśmy już Malicorna i Montalais. Noc, jakby chcąc pokonać upał dzienny, zgromadziła wszystkie, chmury i pędziła je w milczeniu z zachodu na południe. Chmura bez błyskawic i grzmotów ciążyła nad ziemia, jak ogromny całun, którego części wiatr kiedy niekiedy odrywał. Ciepłe i duże krople deszczu spadały na ziemię.
— Ziemia mile pachnie — odezwał się de Wardes — to za lotność z jej strony, aby nas przynęcić do siebie.
— Ale — odparł Guiche, — wiele myśli przyszło mi do głowy i chciałbym się z niemi z panem podzielić.
— Co do czego?
— Co do naszej walki.
— W rzeczy samej, pora po temu, abyśmy się tem zajęli.
— Czy to będzie pojedynek zwyczajny, podług przepisów.
— Jakież to przepisy?
— Zsiądziemy z koni na równinie, przywiążemy je do pierwszego lepszego drzewa i zejdziemy się bezbronni, następnie oddalimy się o sto pięćdziesiąt kroków i wrócimy, idąc naprzeciw siebie.
— Dobrze, tak właśnie zabiłem biednego Follivent, trzy tygodnie temu, w Saint-Denis.