Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/037

Ta strona została skorygowana.


(po krótkiém milczeniu).

No jakże, Panie teściu, nie spełniamże słowa?
Jestem, choć jeszcze Czerwca nie zeszła połowa.


Geldhab (pomieszany).

Witam Waćpana, witam...


Lubomir.

Cóż za przywitanie?
Nie cieszysz się?...


Geldhab.

I owszem!
(na stronie) Przeklęte spotkanie!


Lubomir.

Czyż mnie, teściu, nie kochasz?


Geldhab (zamyślony).

Hm!... a z całej siły.

(na stronie)

Bogdajbyś był kark skręcił.
(głośno) Lecz mój Panie miły...

(na stronie)

Jak powiedzieć...
(głośno) Myślałem...


Lubomir.

Że już nie przyjadę?


Geldhab (na stronie).

Powiem mu.


Lubomir.

Na dzień, w którym szczęście moje kładę?
I że tak dawny, święty układ zapomniałem?
Ale jakżeś mógł myśleć, kiedy słowo dałem?


Geldhab (na stronie).

Śmiało!


Lubomir.

A kto je łamie, lub złamać się trudzi,
Wzgardy tylko jest godzien od uczciwych ludzi.