Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/112

Ta strona została skorygowana.


Etienne.

Jak się uda.


Astolf.

Dowcipu nie tyle,
Bardzo proszę. Twoja to niewstrzymana mowa
Szkodzi mi tu najwięcej i zgubić gotowa.


Etienne.

Mnie tu na rękach noszą.


Astolf.

Tak jest, na kułakach,
Widać po sinym nosie i czerwonych znakach;
Lecz powiedz, nie lękaj się, wyznaj, czy w tej dobie
Gadałeś co z Zdzisławem, tak, w swoim sposobie?


Etienne.

I czegożbym się lękał, żem mu duby prawił,
Sam pan jego zdziwieniem byłbyś się ubawił.


Astolf (przystępując).

Otóż słowo zagadki. Cóż mi trzyma ręce,
Że...


Etienne (cofając się).

Słowo pańskie, słowo...


Astolf.

Że ci łba nie skręcę?

(Rzuca się na krzesło. Etienne ode drzwi bliżej powoli przystąpiwszy).


Etienne.

Jak pan chciałeś, zostałem wielce poważany,
Na sposób cudzoziemski przerabiam dworzany:
Wczoraj, jak się John ze mną do Marka zabierze,
Ostatnie polskie wąsy padły jak paździerze,
A z ferezyi szpencer takem mu wykroił,
Że się dzisiaj z radości, jak Bela upoił.