Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/120

Ta strona została skorygowana.


Zdzisław.

Więc jadę.

(czeka odpowiedzi, po krótkiém myśleniu).

Jechać, czy nie? odpowiedz; dajże mi choć radę.


Zofia.

Nie, nie, jutro odpowiem.


Zdzisław.

Zaczekam, zostanę;
Lecz jakież obietnice Astolfowi dane?


Zofia.

Żadne.


Zdzisław (nie dowierzając).

Zofio!


Zofia.

Żadne.


Zdzisław.

Lecz Radost mu sprzyja.


Zofia.

Prawda, Astolf go bawiąc dość zręcznie podbija:
Ale w waszej rozprawie dzisiaj przy śniadaniu,
Tak śmiesznym, tak się dziwnym okazał w swém zdaniu,
Tak sprzecznym z samym sobą, że pono nie zbłądzę,
Gdy go o chytry układ i kłamstwo posądzę.
Jeśli dla mego ojca winnych niema względów,
Kłamie, śmieje się skrycie, a korzysta z błędów,
O, wtedyby mnie żadna nie wstrzymała siła,
Ilem dziś obojętną, tylebym gardziła.


Zdzisław (popędliwie).

Tak jest, Zofio, Astolf...

(wstrzymuje się)

wcale mnie nie zwodzi.


Radost (wchodząc)

Zosiu, Julia sama na ogród wychodzi.

(Zofia wychodzi)