Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/142

Ta strona została skorygowana.


Zofia.

Nie, dobry ojcze.


Julia.

A wiedząc dokładnie,
Że zawsze ojca wyrok kiedy raz zapadnie,
Nic go zmienić nie zdoła, święte jego słowo...
Nie chce się już naprzykrzać, obrażać namową,

(z westchnieniem)

I klasztor jej młodości schronieniem się stanie;
Bo słowo tu jest drugiém, piérwszém powołanie.


Radost.

Ale... cóż Pani w głowie!... chybabym oszalał,
Żebym słowo odbierał, na ten krok zezwalał.


Julia.

Jednak, Panie Radoście, cóż wypadnie z tego,
Że kochając jednego, pójdzie za drugiego?


Radost.

Co, co, jak, jak, kochając... kochając...


Julia.

Zdzisława.


Radost.

Zdzisława? Otóż macie!... (chodzi, po krótkiém myśleniu)
A, to dziwna sprawa.
A, Zdzisława, Zdzisława... późne obudzenie!

(po krótkiém myśleniu).

Nie, nie, co raz przyrzekłem, nigdy nie odmienię...

(do Zofii)

Wszakżem bo cię się pytał. Ale te dziewczęta,
To zawsze oczki nadół i buzia ściśnięta;
Czy która chce, czy nie chce, to się zawsze wzbrania,
Zawsze siak tak, a potém płacze, jęki, łkania!...
A kaciż zgadnąć mogą, co się z niemi dzieje!


Julia.

No, no, Panie Radoście, więc mamy nadzieję...