Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/183

Ta strona została skorygowana.


Porucznik.

Z drugiej strony jestem pewny, że moim rywalem nie będzie; raz, że się mniej boi całego szwadronu nieprzyjacielskiego, niż jednej żony; a powtóre, że nadto szlachetnie myśli, aby chciał być sprawcą czyjegokolwiek nieszczęścia.

Zofia.

Ale wiedz jeszcze o tem, że jeżeli nie pójdę za niego, Smętosz, obrzydły człowiek, głupi, brudny, stary lichwiarz moję rękę ma otrzymać.

Porucznik.

Czy podobna aby matka?...

Zofia.

Podług niej, majątek szczęściem, a do tego, mówiąc miedzy nami, jest trochę upartą.

Porucznik.

To źle, bardzo źle. (myśli.)

Zofia

Jednak kochających, mówią, Bóg nie opuszcza; może matka zmiękczy się prośbami naszemi.

Porucznik (po krótkiém milczeniu).

Nie, na niepewne losu nie stawmy.

Zofia.

Cóż robić?

Poruczuik (po krótkiém milczeniu).

Przykra rzecz udawać, zwłaszcza z przyjaciołmi; ale ich uprzedzenia często nierozsądne, uprawniają poniekąd niewinne oszukaństwo. Trzeba więc, abyś oświadczyła Majorowi, że chcesz pójść za niego.

Zofia.

Dla Boga! to pójdę.

Porucznik.

Tego się nie lękaj, ja ręczę. Twoja matka, widząc cię przychylną zamiarowi swojemu, nie straci