Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/269

Ta strona została skorygowana.


Jeden z drugim się kłóci, a mnie uciemięża;
Nie wiem, co to im szkodzi, abym miała męża.
O Boże! dobry Boże! co to z tego będzie!
Że już mam rok szesnasty, mówią o tém wszędzie,
Za każdą moję wolę odbieram naganę,
A czas mija... i w końcu... i w końcu zostanę...

(szlochając)

Starą panną...


Lubomir.

Zofio! umiem te łzy cenić,
Lecz się uspokój, nasz los musi się odmienić:
Stryjowie bez wątpienia przy końcu zezwolą,
Jeżeli twoje szczęście nad swój upór wolą
A posądzać ich nie chcę o myśli niegodne.
Nasze majątki równe, nasze serca zgodne,
Żadne więc mych zamiarów sprzeczności nie wzruszą
I nie dzisiaj, to jutro, spełnione być muszą.


Zofia.

Wcale mnie nie pociesza ten widok daleki.


Lubomir.

Przecież się z czasem kończą najdłuższe opieki.


Zofia.

Ach, ja bardzo nie lubię na cokolwiek czekać.
Ale są tacy... o są... co lubią odwlekać.


Lubomir.

Ach, całe szczęście moje w tej złożone dobie,
W której przysięgnę kochać, żyć wiecznie przy tobie,
I możesz ty postrzegać obojętność we mnie?
Z tamtym stryjem mówiłem.


Zofia.

I pewnie daremnie.


Lubomir.

I owszem.