Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/276

Ta strona została skorygowana.


Pan Jan.

Tak? chcieliście mnie podejść?


Pan Piotr.

Nienawidzę zdrady.


Pan Jan.

O, nic z tego nie będzie.


Pan Piotr.

Pewnie, że nie będzie.
Pan Jan z swoim projektem na lodzie osiędzie.


Pan Jan.

Wszystko było usnute zręcznie i dokładnie,
Lecz szkoda, że lis stary rzadko w łapkę wpadnie;
Braciszek, krótko mówiąc, chciał mnie ztąd oddalić,
Potém że w pole wywiódł, przed światem się chwalić.
Sam zaś zostawszy w domu, cudzym nota bene,
Wyciągnąć swoje łaski na wysoką cenę.
Wśród grona zalotników, jakby sam był Panną,
Niszczyć prawem wieczorném obietnicę ranną,
Wymyślać, gdérać, zrzędzić choćby i dwa wieki,
Słowem: żyć póki można, plonem tej opieki.


Pan Piotr.

Gdybym cię zrzędą nie znał...


Lubomir.

Panowie łaskawi!
Czyż udręczenie drugich tak was wielce bawi?
Jeden i drugi prawo opieki posiada;
Lecz jeśli jeden zniszczy, gdy je drugi nada,
Wieczna kłótnia trwać będzie, końca temu niema,
I nikt ręki Zofii pewnie nie otrzyma.


Pan Jan.

Czemużeś się wprost do mnie nie udał, mój Panie?