Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/284

Ta strona została skorygowana.


Tu go na ziemi skubią i kradną tymczasem.
Zostaje potem zwykle bez grosza dochodu
I chociaż nieśmiertelny, musi umrzeć z głodu.
Tak, jak Pan Pegaziński... znałem go przed laty;
Wziął po ojcu majętność, miał piękne intraty,
Lecz cóż, kiedy nieszczęściem pomyślał o Febie
I zapomniał o ludziach, zapomniał o chlebie.
Koło jego wrót jechać bały się sąsiady,
Aby nie spotkać bajki, ody lub balady,
A gdy złapał, to szczęście, jeśli o zachodzie
Mógł kto dwudziestej czwartej wyśliznąć się odzie.
O przyszłości nie myślał, wszystko co mógł tracił,
Długów dużo narobił, podatków nie płacił,
Rymował a rymował i latał Pegazem,
Aż prozą wzięto wioskę za sądu rozkazem,
I teraz gdzieś pod strychem pewnie z nędzy ginie
I ukończa przy wodzie, co zaczął przy winie.
Cóż z tego, proszę, dzieciom i zgłodniałej żonie,
Że mąż w biedzie wawrzynem uwieńcza swe skronie?
Cóż są te chwały, sławy, świątynie, kościoły,
Kiedy każdy poeta całe życie goły?


Pan Piotr.

Ten zły i ten nie dobry... i cóż Panie Janie.
Jak tak zaczniesz wybierać, młodzieży nie stanie,
I chociażto ja niby chętnie się przeciwię,
Milczę całą godzinę... ty gadasz szczęśliwie.


Pan Jan.

Więc może znowu zrzędzę?


Pan Piotr.

To nie twoja wada.


Pan Jan.

Jużci mówię czasami, gdy mówić wypada,