Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/081

Ta strona została przepisana.
Gustaw (reflektując).

To trochę nadto — to będzie za wiele.

Klara (mimo siebie w coraz większy zapał wpadając).

Że wiejskie dziecie widział w jej osobie...

Gustaw (jak wprzódy).

To trochę dużo...

Klara.

Że mniemał w swej dumie,
Iż grzeczność na wsi godna pośmiewiska...

Gustaw.

To bardzo dużo...

Klara.

Że brak na rozumie...

Gustaw.

Hola! to nadto; obraz zakazany!

Klara (z zapału nagle w łagodność przechodząc, z uśmiechem).

Mocnych farb biorę, nie szczędzę nagany. —
Ale jej powiem zaraz z drugiej strony:
Że się poprawił, kto się uznał w błędzie,
Że miłość szczera, którą uniesiony,
Im wolniej wzrosła, tém wytrwalszą będzie:
Że jeśli jeszcze nie jest jej wzajemną,
Winna przynajmniej wynagradzać wiarą.

Gustaw.

Ach tak, tak wszystko, moja panno Klaro!
Czytasz w mém sercu, myślisz razem ze mną.

Klara (parskając śmiechem).

Ha, ha, ha! dłużej wytrzymać nie mogę!
Ha, ha, ha! moja panno Klaro! moja!
Ha, ha, ha! przednio! znalazłam więc drogę,
Oręż wypada, pęka twarda zbroja. —