Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/354

Ta strona została przepisana.
Rozyna.

Opiekun mnie przedaje.

Fabricio.

Twój opiekun jest człowiek uczciwy, lepiej zna nad twoję młodą głowę, istotne dobro; — dla twego szczęścia powierzył mi ciebie jako synowcowi i przyjacielowi swojemu!

Rozyna.

Przeklęta niech będzie godzina, w której sztyletem waszym zastraszona, pierwszy krok z Bolonii uczyniłam. Ale coście we dwóch mogli wykonać w zakątnym domu, tego ja się tu już nie lękam.

Fabricio.

I nie masz się czego lękać. — Uważana jako pozbawiona zdrowych zmysłów, litość tylko możesz wzbudzić, a papiery moje tak są dostateczne, że wzywając pomocy, wezwiesz ją tylko przeciw sobie.

Rozyna.

Spodziewaszże się, srogi, okrutny człowieku, że ja w Toskanii dobrowolniej rękę ci oddam?

Fabricio.

Potém o tém. Ciemna komórka i kawałek chleba chłodzi krew, i upór łagodzi.

Rozyna.

Boże! w jakiém ja jestem ręku!





SCENA VII.
Ciż sami, (w głębi) Antonio, Lizeta, Bombalo.
Rozyna.

O, z tyrana srogich rąk
Choćby zgonem wybaw Boże!